|
CZĘŚĆ III
Pamiętam drugi rok działalności. Wszędzie jeszcze gruz po remoncie, kurz wchodzący w oczy. Na parkiecie do upadłego ćwiczący Obcokrajowcy i kilku Polaków.
I czas na pierwszy pobalowy kac.
Dla wnikliwych i pytających wyjaśniam, że czytane teksty są felietonami. Nie ma obowiązku ich czytania, jeżeli dla odbiorców są zbyt trudne. Zastosowałem w nim spotykany czasem w publicystyce alegoryczny sposób przedstawiania problemu.
Felieton (feuilleton), specyficzny rodzaj publicystyki krótki utwór dziennikarski utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający - często skrajnie złośliwie - osobisty punkt widzenia autora. Charakterystyczne jest częste i sprawne "prześlizgiwanie" się po temacie. Gatunek ten wprowadzony został w XIX wieku na łamach francuskiego "Journal des Débats".
Alegoria (gr. ἀλληγορία allēgoría, od ἀλληγορέω allēgoréo - "mówię w przenośni, obrazowo") - w literaturze - podstawienie pojęć oderwanych, pod obraz o znaczeniu przenośnym, symboliczny motyw, jednoznacznie określony i ustalony konwencjonalnie. Treść alegoryczna utworu nadaje się do jednoznacznego odczytania. Na alegorii opierają się często bajki. Alegoria związana jest z obiegowymi konwencjami i stereotypami myślowymi oraz powszechną wiedzą o zjawiskach (np. lis w potocznym odczuciu kojarzy się ze sprytem). Alegorią posługiwano się najchętniej w średniowieczu i baroku. Alegoria różni się od symbolu swoją jednoznacznością.
Wyjaśnienia zaczerpnąłem w Wikipedii, za co dziękuję Autorom.
Na prośbę niektórych załączam też jeden z możliwych alegorycznych słowniczków, który może też brzmieć tak:
gościniec - klub golfowy
Ostatki - ostatni turniej
tancbuda, podła knajpa, sala treningowa, parkiet - pole golfowe,
fordanser, fordanserka - trener, trenerka
bal - turniej
tancerz - golfista
taniec - gra
savoir-vivre - etykieta golfowa
Więcej mi się nie chce tłumaczyć. Ciekawe, czy jesteście w stanie znaleźć prawdziwych „bohaterów" tych felietoników. O ile oni istnieją. Oczywiście z góry zaprzeczam jakimkolwiek podobieństwom z osobami, które istnieją, bądź kiedykolwiek istniały.
A jeżeli macie takie skojarzenia, to tym gorzej dla Was.
Ale wspomnień ciąg dalszy...
Pamiętam drugi rok działalności. Wszędzie jeszcze gruz po remoncie, kurz wchodzący w oczy. Na parkiecie do upadłego ćwiczący Obcokrajowcy i kilku Polaków. Było już kilku juniorów i to co ciekawe - tubylców.
Zatrudniliśmy nowego fordansera. Fajny był. I jaki jurny. Wielkie chłopisko Nieźle tańczył. A jak opowiadał... Jako początkujący tancerz słuchałem go z otwartymi ustami. Opowiadał jak to śpiewał w La Scali a ostatnie sukcesy miał na Brodway'u. Do Polski przygnała go późna miłość. O ile można wierzyć plotkom, była to prawda. Ale może to tylko złe języki i plotki. Kto wie. Cudnie bajał. Moja wiara we wszystkie jego opowieści skończyła się niestety gdzieś po dwóch miesiącach. Tak późno, bo ja łatwowierny jestem.
Ale pamiętam jedną fordansera opowieść. A było to tak:
- Wiecie. Tańczyłem kiedyś z księżniczką Karoliną z Monaco. Grała nieźle. Byliśmy na parkiecie, kiedy wybuchła wielka burza. Karolina - bo byliśmy oczywiście na ty, będąc przyjacielem księcia Rainiera, jej ojca, zostałem oczywiście ojcem chrzestnym Karoliny. Bo ja to urodziłem się na scenie La Scali, podczas premiery „Toski", a matką moja była pierwsza solistka, najbliższa kuzynka Grimaldich. Stąd przyjaźń z Rainierem - bajał dalej fordanser.
-No ale do rzeczy. Wybuchła burza i waliły takie pioruny, że aż się bałem. Zasada w tańcu jest taka, że jak biją pioruny, to się schodzi z parkietu. I trzeba było. Nagle uderzył piorun. Nawet nie zauważyłem gdzie. Ale patrzę, a nie ma mojej partnerki. Piorun uderzył tak mocno, że Karolina przeleciała 42 metry w powietrzu, robiąc 17 razy salto a złota korona, którą miała na głowie i berło stopiły się w jedno. Ale Karolinie nic się nie stało. Potłukła się trochę. Tak to taniec w burzę jest niebezpieczny, -zakończył nasz ulubiony fordanser smutną opowieść, wzbudzając aplauz juniorów i młodych tancerzy.
A ja wtedy właśnie zacząłem mieć wątpliwości.
Co nie zmienia, że nadal darzę go ogromną sympatią. Nasz piękny błękitny ptak wie, że nie należy robić kupy do swojego gniazda, bo trzeba potem w tym siedzieć, a nie wiadomo, kiedy do tego gniazda zechce się przylecieć. I za to, obok cudownych, aczkolwiek nieco naciąganych opowieści go lubię.
Inną impresją z drugiego roku historii tancbudy były entuzjastyczne artykuły w lokalnej prasie na temat naszej tancbudy, pisane przez sympatyków i członków Klubu Grających Puszczyków. Obok gorących życzeń dalszych sukcesów znajdowaliśmy tam aprobatę naszego savoir-vivre i kostiumów estradowych. Było to bardzo miłe tym bardziej, że pisane były przez znakomitych tancerzy znanych z kultury, wykształcenia, dobrego wychowania a także ogromnej wiedzy i doświadczenia „w temacie" budowy sal tanecznych i parkietów. Znani są także z sukcesów na arenie międzynarodowej i zawodowej. Ich nazwiska zapisały się w życzliwej pamięci członków naszego skromnego gościńca. Cieszyliśmy się potem z każdej ich wizyty, nawet, jeżeli czasami tańczyli i rozumieli savoir-vivre inaczej niż wszyscy.
Do dzisiaj tańczymy w ich fantastycznie zaprojektowanej i wybudowanej sali tanecznej. Tak jak obiecywali. Gratuluję! Dobrego samopoczucia.
Wspomnień jest wiele. Inną impresją była pierwsza wizyta Tokariańskiej Szkoły Samby, czy nieśmiałe korzystanie przez tancerzy z doświadczeń różnych światowych i wiejskich szkół tańca, od tańca wojennego począwszy, przez balet i taniec klasyczny aż po tańce hinduskie typu bajadera czy dewadasin. Oczywiście nawet w ramach tańca klasycznego można było wyodrębnić taniec wyrazisty, charakterystyczny, historyczny a nawet współczesny. W naszej skromnej tancbudzie można też było zauważyć odmiany tańca dworskiego, salonowego czy towarzyskiego.
Ale o tym jutro. A może później. A może wcale. To zależy od Was. |
Komentarze
Pozdarwiam Cytować
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.