Mistrzostwa Wielkopolski Millennium Wilson Cup 2008 Print
User Rating: / 9
PoorBest 
There are no translations available.

Widziane oczami gracza
No i po zabawie. Mistrzostwa Wielkopolski Millennium Wilson Cup zakończone.
Co się będę tłumaczył. Zagrałem 100 i zająłem 50 miejsce. I tak dobrze, że kilku graczy było bez aktywnego handikapu, bo byłbym ostatni. Ale to nie moja wina. Wszystko przez absolutny zbieg niesprzyjających okoliczności.
Ja wiem, że żaden golfista nie przyzna sie do złej gry. Albo, że coś spieprzył. Zawsze winni są inni, źle ścięte, twarde greeny, sandy bez piasku, krzywe tee, byle jakie fairway'e. Czasami caddy. Ale u mnie naprawdę winni byli inni.
Po pierwsze. Niewłaściwy trening. Dzień wcześniej rozpocząłem treningi przygotowywujące do wyjazdu na mecz z Tokarami. Jako, że jestem w reprezentacji golfowo-towarzyskiej Bytkowa, (nie mylić z reprezentacją golfowo-sportową, gdzie są golfowi gracze), podjąłem decyzję o należytym przygotowaniu. Poszedłem na 25 lecie absolutorium. Taaak. Na następny dzień wystartowałem w ostatnim fligh'cie. I tak dla mnie było to grubo za wcześnie. No, ale nie pierwszy to już raz, gdzie stan zdrowia (bo chorowity jestem) nie pozwalał mi na pokazanie całego kunsztu golfowego. Mogłem wziąć dodatkowe znieczulenie. Ale zapomniałem. Może przyczyną był udar, jaki przeszedłem kilka lat temu, który jednak wpływa na moja pamięć. (O czym to ja mam pisać? Zaraz. Zaraz.. Aha o golfie).
No więc wchodzę na pole. Ostre oślepiające słońce. Wściekły hałas przelatujacego motyla trącił moje rozedrgane nerwy. Zacisnąłem zęby. Nie zareagowałem na złośliwości. Motyla na pewno wypuściła moja Żona, więc nie będę reagował na tak oczywiste zaczepki. Miękkim krokiem zbliżam sie do tee. Nie wiem która godzina, bo falujące gorące powietrze nie pozwala mi na dostrzeżenie wskazówek zegarka. Nagle ogłuszjący ryk nadjeżdżającego melexa wytrącił mnie ze względnej równowagi fizycznej i duchowej. Aż podskoczyłem. Dopiero co odleciał ten motyli helikopter i nastała błoga cisza. - Gracz jest już spóźniony - usłyszałem złośliwą uwagę. To było moje Dziecko, któremu nieroztropnie pozwoliłem być starterem. Wydaje Mu się, że jak dostał magistra (mój ty świecie) to może dokuczać tatusiowi.
- W recepcji powiedzili mi, że jest 15 minut obsuwy - szybko znalazłem uzasadnienie, bo Dziecko na pewno dałoby mi punkty. Jakoś doszedłem na start. Staję na tee. Na polu czarno. Gracze przesuwają się tak szybko, że aż trudno skupić wzrok na błyskawicznie przemieszczajacych sie sylwetkach.
Hello Robert - usłyszałem głos Franka Penningtona, naszego Honorowego Prezydenta. Ten to przynajmniej zrozumie moje fizyczne rozterki - myślę. Też czasami walczy z problemami egzystencjalnymi. - Cześć Robert. To był Andre Schuhl nasz poprzedni kapitan. Ale fligh. Jak się kompromitować, to chociaż w dobrym towarzystwie, pomyślałem.
Dołek pierwszy.
Partnerzy cudnie. A ja. Ostry slice i piłka w roug'ie po prawej. Dobrze chociaż, że nie na aucie. Drugie uderzenie. Partnerzy na greenie. A ja. Piłka uderzona w tzw. "łeb", ostrym lotem koszącym zrobiła "kaczkę" na stawie, odbiła się w rough'ie, wpadła do bunkra i ostatnim tchem sie z niego wytoczyła. Green. Puttowanie. Partnerzy easy PAR. A ja. Pierwszy putt na imponujacą odległość 20 centymetrów. (Ale spróbujcie uderzyć piłkę, która nie może spokojnie ustać w miejscu). Drugi putt 3 metry. Piłka wykonała 3 roleksy wypadła z dołka i .. do niego wróciła. PAR. Ale jaja.
Dołek drugi. Tee shot ładny. Zastosowałem tu metodę zamkniętych oczu. Przed swingiem zamknąłem oczy, żeby się nie dekoncentrować. Wyszło nieźle. Ja na fairway'u. Partnerzy niekoniecznie. Uderzenie drugie. Pomogłem znaleźć piłkę Frankowi (Jezu, każdy krok boli) i znowu przy pomocy zamkniętych oczu i kija, zagrałem. Trafiłem piłkę. Potem green, dwa łatwe putty i PAR. Partnerzy 6 i 7. Co jest - myślę sobie. Chcą mi pomóc, kocham Ich za to, ale aż tak? Dołek nr 3. Frank O.B. Andre sand przy greenie nr 2. Ja nadal gram metodą zamkniętych oczu. Nie patrzę, nie myślę, przesuwam sie po polu wolnym posuwistym krokiem, omijając nierówności.
Staram sie nie zgubić torby, bo bez kijów będzie mi trudno grać. Dołek bez historii. Trzeci PAR. Partnerzy 5 i 6.
Wynalazłem nowy sposów gry. Golf dla niewidomych.
Dołek nr 4. Znowu usłyszałem rozedrgany, grajacy na końcówkach nerwów warkot. Poczułem się jakby ktoś papierem ściernym przejechał mi po zębach zrywając szkliwie. Koncentruję wzrok. To Pan Czesiu. Nasz greenkeper. Podjechał bugy i stoi. Ale stoi tak głośno, że nie jestem w stanie zebrać myśli. Słyszę szurgot powiek, kiedy mruga. Ogłuszający, świszczący szelest wiatru we włosach nie pozwala mi się skoncentrować. Straciłem resztkę energii. Nie mam sił nawet zamknąć oczu. Trudno. Stawiam na rutynę. Drive. 120 metrów. Dobrze chociaż, że za czerwone tee. Jeszcze przegrałbym piwo, a Frankowi popękałyby zajady ze śmiechu.
Szef - słyszę. - Spryskiwacz pękł i woda się leje. Pan Czesiu znalazł fantastyczny moment na dobre informacje. We mnie wybuchło. Papier ścierny na zębach to nic w stosunku do tego co czułem teraz. Drgania wewnętrzne przerodziły się w wybuch wulkanu a względny spokój rąk okazał się tylko względnym. Łapiąc równowagę ścisnąłem grip i pękła mi rękawiczka. W pobliżu znów przeleciał motyl. Krzyk "foore" rzucił mnie na kolana. To był krzyk na drugiej dziewiątce. Ale odczułem go jakby był tuż obok. Czesiu usiadł na łopacie. Załamałem się. Nikt, nawet Tiger Woods nie jest w stanie grać w tak ekstremalnych warunkach.
A potem miałem uderzyć. Miałem. Ale się nie udało. Nic się potem już nie udawało. Czasami nie udawało się nawet 7 razy na dołku. Zagrałem 100.
Dla porządku wypada podać zwycięzców. Rozpocznę zatem od radości dla oka. I duszy. Pierwsza netto wśród golfistek była piękna Natalia Vogler. Drugie miejsce zajęła żywiołowa - Veronique Dellatre. Trzecie miejsce niczym nie ustępująca urodzie i wdziękowi poprzedniczek - Magdalena Prentka. Przy czym specjaliści (a wsród nich są prawdziwi artyści), oceniają, że grając coraz lepiej, jest coraz piękniejsza.
W kategorii brzydali. Pierwsze miejsce netto zajął czarny koń mistrzostw - Andrzej Kozłowski a drugie i trzecie miejsce przypadło po dogrywce 18 letniemu Marcinowi Kaziukowi i równie młodemu (duchem) Andrzejowi Żołądkowskiemu. Z tym ostatnim łączy nas niezmienny podziw dla urody naszych Dziewczyn. I nie tylko naszych.
O wyżywienie w trakcie turnieju zadbał artysta wśród rzemieślników - Olek Tecław z Synem a nad wszystkim unosił się czuwając, wiecznie żywy duch Wojtka Prentkiego - przedstawiciela Millennium Bank i Pana Tadeusza Gieraka z Fordexu - przedstawiciela Wilsona na Polskę.
Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam sponsor naszego Klubu, niech żyje nam.

I to by było na tyle. Rewanż już za rok.
Robert Jakubiec



 

Partners

Banner
Banner
Banner
Start Blog - Pisać każdy może Mistrzostwa Wielkopolski Millennium Wilson Cup 2008